-

krzysztof-osiejuk : To ja

Czy Diabeł kocha ludzi sukcesu?

W tych dniach w kioskach powinien się pojawić kolejny numer miesięcznika “Bez cenzury”, gdzie od pewnego czasu publikuję swoje kryminalne historie. Myślę, że dziś nie zaszkodzi, jeśli poczytamy sobie o trzech niezwykle wybitnych postaciach z najnowszej historiii Stworzenia. Naprawdę jest nad czym dumać.

      

 

 

      Jestem pewien, że, przynajmniej od czasu do czasu, wielu z nas przychodzi się zastanawiać nad tym, jak sobie radzą w życiu ludzie, którym w owym życiu powiodło się do  tego stopnia, że dzięki swojej pracy i niezwykłym talentom uzyskali coś, o czym przeciętny człowiek może jedynie marzyć, a więc sławę, pieniądze, a często też zupełnie nadzwyczajny szacunek ludzi na całym świecie. Chodzą nam niekiedy po głowie te myśli i, jak sądzę, najczęściej dochodzimy do przekonania, że nawet jeśli zapomnimy o szacunku, który może być przelotny i nieszczery, czy o sławie, której też oni często mogą mieć zwyczajnie dość, to przynajmniej te pieniądze muszą gwarantować ów komfort, który sprawia, że żyje się lekko i przyjemnie.

       Od wielu już miesięcy czytamy tu sobie o ludziach, którzy zmarnowali sobie życie, kończac albo jako ci, których do śmierci prześladują wyrzuty sumienia z powodu licznych grzechów, albo jako skazańcy, umierający starzy i schorowani w więziennej celi, lub pilnie strzeżonym szpitalu psychiatrycznym, albo, nieco wcześniej, na elektrycznym krześle, lub szubienicy. I jeśli prześledzimy ich historię, orientujemy się natychmiast, że oni wszyscy są albo biednymi wariatami, którym owo szaleństwo nie dało większego wyboru, albo jakimiś życiowymi nieudacznikami, którzy w pewnym momencie swojego smutnego życia uznali, że jedyne co im da jakąkolwiek satysfakcję, to pieniądze, czy choćby chwila sławy. Trudno jest doprawdy trafić na tej scenie na kogoś, kto miał i te pieniądze i tę sławę, a często też owo niezwykłe poczucie satysfakcji, jakie daje świadomość tego, że się coś w życiu osiągnęło, a mimo to wybrał drogę do praktycznego zatracenia. A jednak raz na jakiś czas trafiamy na historię, której bohaterem jest właśnie ktoś taki, a która poraża swoją absurdalnością. Przyjrzyjmy się trzem z nich, najbardziej może głośnym.

      Bohaterem pierwszej, sprzed zaledwie kilku lat, jest słynny połodniowoafrykański biegacz o nazwisku Oscar Pistorius. Południowa Afryka, jak wiemy, miała kilku sportowych bohaterów, wydaje się jednak, że miejsce jakie w tym szeregu zajmował Pistorius, było bardzo szczególne. Swoją sławę oraz pieniądze nie zawdzięczał on temu, że biegał szybciej od innych, ale temu, że biegał niemal tak szybko jak inni, tyle, że robił to mając amputowane obie nogi i korzystając ze specjalnie dla niego skonstruowanych protez. Owo nieszczęście, a jednocześnie, paradoksalnie, wielki życiowy skuces, miały swój początek, kiedy w pierwszym roku życia, w wyniku wrodzonej wady genetycznej, amputowano mu obie nogi poniżej kolan. Mimo oczywistego kalectwa, Pistorius wykazał się niezwykłą wprost determinacją i od dzieciństwa bardzo intensywnie uprawiał takie dyscypliny jak rugby, tenis, piłkę wodną, boks i zapasy, by wreszcie, przy pomocy wspomnianych wcześniej protez, osiągnął tak fantastyczne wyniki, że mógł konkurować nawet ze sportowcami w pełni sprawnymi. Dzięki owym sukcesom, ale też pewnie i temu, że był człowiekiem niezwykle inteligentnym i sympatycznym, ale też przystojnym, w bardzo krótkim czasie uzyskał status wprost niezwykłej gwiazdy światowego sportu i bohatera dla wielu.

     I oto w roku 2012 Pistorius poznał miejscową modelkę, niejaką Reeva Steenkamp, z którą wkrótce wszedł w romantyczny związek, a ledwie rok później z okazji tak zwanych „walentynek” ją najzwyczajniej w świecie zamordował. Proces, jaki wytoczono Pistoriusowi, miał charakter poszlakowy. Sam Pistorius twierdził wprawdzie, że obudził się w nocy, usłyszał, że ktoś jest w łazience, uznał, że to ktoś się włamał do jego domu, wziął karabin i oddając cztery strzały przez zamknięte drzwi, zastrzelił Reevę, która chwilę wcześniej poszła tam zrobić siusiu. Oskarżenie jednak przedstawiło zupełnie inną wersję wydarzeń, wedle której, między Pistoriusem, a jego dziewczyną doszło do awantury, ta, jak to się niekiedy zdarza, w pewnym momencie uciekła do łazienki, gdzie się skutecznie zamknęła, a Pistorius, postanowił ją zmusić do tego, by mu otworzyła, tak jak tylko potrafił, czyli waląc w te drzwi z karabinu. Ta wersja została ostatecznie przyjęta przez sąd, a sam Pistorius zakończył swoją wspaniałą sportową karierę w więzieniu.

      Wydaje się, że jeszcze większą gwiazdą sportu, a przy okazji też jeszcze słynniejszym celebrytą, był wybitny amerykański piłkarz O.J. Simpson. Wczesne życie Simpsona, jak wielu innych czarnych mieszkańców San Francisco, gdzie się urodził i wychował, nie było łatwe. Jego ojciec zarabiał na życie jako tak zwany „drag queen”  i ostatecznie zmarł na AIDS, a on sam oczywiście, jako zaledwie 15-latek, trafił do gangu, a stamtąd na pewien nawet czas do więzienia. Jednak już wkrótce – i tu też podobnie, jak wielu jego czarnych kolegów – odkrył w sobie óew wybitny talent sportowy i w wieku 20 lat rozpoczął swoją wielką sportową karierę, przez wiele kolejnych lat bijąc kolejne rekordy. Gdy kończył swoją sportową karierę w roku 1979, był drugim zawodnikiem wszechczasów w ilości zdobytych jardów. Jednak sukcesy O.J., jak był on popularnie nazywany, nie ograniczały się tylko do futbolu amerykańskiego. Udowodnił też, że jest również wybitnym lekkoatletą, w roku 1967  startując w sztafecie 4x100 jardów i wspólnie ze swoimi kolegami sprinterami bijąc rekord świata. Mało tego. Już po zakończeniu kariery sportowej został gwiazdą telewizji oraz całkiem popularnym aktorem, znanym z ról w filmie „Naga broń”.

      I oto w roku 1994, wówczas już niemal pięćdziesięcioletni, O.J. Simpson, znajdując się być może na drodze do najlepszego okresu w swoim życiu, zasztyletował swoją byłą żonę Nicole Brown i jej przyjaciela, kelnera nazwiskiem Ron Goldman. Mimo wręcz dewastujących dla Simpsona dowodów, dzięki pieniądzom wyłożonym przez niego na najlepszych w kraju adwokatów, ale też, co równie istotne, temu, że ława przysięgłych składała się niemal w całości z czarnych, po trwającym nieco ponad rok procesie karnym Simpson został uwolniony od wszelkich zarzutów i wypuszczony na wolność. I wtedy, gdy wydawało się, że sprawiedliwość przegrała ze sławą i pieniędzmi,  do akcji wkroczyła rodzina Goldmana i w procesie już nie karnym, lecz cywilnym, za zamordowanie Rona Goldmana uzyskała od Simpsona odszkodowanie w wysokości 33,5 miliona dolarów. I od tego momentu wszyscy mogli już obserwować konsekwentny upadek O.J. Simpsona, poczynając od zlicytowania jego licznych trofeów po zajęcie przez banki jego wspaniałej posiadłości. W reakcji na owe prześladowania ze strony prawa, Simpson zamieszkał na Florydzie, gdzie zgodnie z lokalnym prawem, nie groziła mu interwencja banków. Przez jakiś czas utrzymywał dość wysoki standard życia, pubikując wspomnienia, udzielając wywiadów w telewizji, oraz sprzedajac autografy, jednak po kolejnym procesie, jaki mu wytoczyła, jak się okazało, nadzwyczaj pamiętliwa rodzina Goldmana, zapadł wyrok, zgodnie z którym dochody Simpsona z tytułu zarówno jego minionych sukcesów, jak i „sukcesów”, zostały zredukowane do niezbędnego, potrzebnego do przeżycia minimum. W dodatku, decyzją sądu, prawa do zysków ze sprzedaży książki, zostały przekazane w ręce Goldmanów i w ten sposób O.J. Simpson spadł na samo dno.

      Jeśli komuś jednak jest wciąż mało, chętnie wspomnę, że dziś O.J. Simpson spędza resztę życia w więzieniu w Nevadzie. A stało się tak, że w roku 2007 wspólnie z paroma kumplami włamał się do hotelowego pokoju i mimo że się zaklinał, że on tam wszedł tylko po to, by odebrać swoją własność, został oskarżony o napad z bronią w ręku i porwanie, a rok później odpowiednio rozgrzany sędzia skazał go na 33 lata więzienia. Ot tak. Po prostu.

     No i wreszcie pojawia się trzecia z zapowiedzianych na początku tych refleksji gwiazd, jednak aby wzmocnić planowany efekt, zacznę od wspomnienia, jakim z brytyjską publicznością podzielił się niedawno w wywiadzie dla popularnego telewizyjnego programu „Life Stories” Piersa Morgana lider słynnego zespołu „Sex Pistols”, John Lydon. Otóż jeszcze w roku 1977 roku, wówczas jeszcze niesławnego Johnnego Rottena, dziennikarz BBC poprosił, by ten publicznie zaprezentował swoją prywtną listę osób, którym życzy śmierci, na co Lydon rzucił nazwisko Jimmy’ego Savile, w tamtych, ale również też wielu kolejnych, latach, absolutnie pierwszej gwiazdy BBC, a skoro BBC, to w ogóle pierwszej gwiazdy brytyskiej sceny popularnej: „Chciałbym zabić Jimmy’ego Savile. Uważam go za hipokrytę. Jestem pewien, że on dopuszcza się rzeczy strasznych, o których nam jednak nie wolno mówić. Założę się, że tego nie puścicie”. Mówił więc Lydon o Jimmym Savile, wybitnym filantropie, członku Mensy, osobistym przyjacielu Margaret Thatcher. O Jimmym Savile, członku elitarnego klubu Ateneum, do którego został przyjęty z polecenia kardynała Basila Hume’a, ale też człowieku, który w dniu swoich 80-tych urodzin otrzymał osobiste życzenia od księcia Karola o następującej treści: „Nikt nigdy się nie dowie, jak wiele zrobiłeś dla Kraju, Jimmy. Nie ma sposobu, by Ci za to godnie podziękować”.

      Słowa Lydona z roku 1977, zgodnie z jego przewidywaniami, nie zostały nigdy wyemitowane, on sam otrzymał nieoficjalny zakaz występów dla BBC i musiało upłynąć 40 lat, by dziś mógł to powiedzieć: „Wszyscy to wiedzieli”. Pora więc i nam wyjaśnić, co wiedzieli? Otóż już po jego śmierci w roku 2011, prokuratura w sprawie przestępstwa pedofilii, jakiego Savile miał dopuszczać się przez wiele lat. W ramach wspomnianego dochodzenia, stwierdzono, że w latach 1955-2009 Savile dopuścił się 214 przestępstw seksualnych, w tym 34 gwałtów. Dochodziło do nich w pomieszczeniach BBC, ale również w szpitalach, szkołach, oraz w hospicjach, które Savile odwiedzał w ramach swej działalności dobroczynnej. W czerwcu 2014 roku ujawniono, że Saville, będąc wolontariuszem w szeregu szpitali psychiatrycznych, w tym w słynnym Broadmoor, dopuszczał się gwałtów na dziewczynkach, chłopcach i dorosłych pacjentach w wieku od 5 do 75 lat. Według relacji uzyskanych od personelu szpitali, Savile miał się również dopuszczać aktów nekrofilii… Dość już może tego. Już na sam koniec powtórzmy może tylko słowa Lydona, wokalisty punk rockowego zespołu „Sex Pistols”: „Wszyscy wiedzieli”.

      Jimmy Savile zmarł 29 października 2011 roku i został pochowany z wszelkimi możliwymi honorami na cmentarzu w swoim rodzinnym Leeds. Po latach jego grób został zniszczony, a płyta nagrobna wyrzucona do śmieci. Niektórzy mówią, że niebo jest dla mięczaków. Witamy więc na dziewiątym kręgu.

 

Tradycyjnie przypominam, że nasze książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl.

 



tagi: oscar pistorius  oj simpson  jiimmy savile  john lydon  bez cenzury 

krzysztof-osiejuk
6 września 2017 09:43
4     579    3 zaloguj sie by polubić
komentarze:
betacool @krzysztof-osiejuk
6 września 2017 14:56

Tak tytułem uzupełnienia za wikipedią, to p. Simpson znowu dostanie w swym życiu szansę...

Amerykanin został skazany na 33 lata więzienia z możliwością warunkowego zwolnienia po odbyciu co najmniej 9 lat orzeczonej kary[18][19]. 20 lipca 2017 roku komisja ds. zwolnień warunkowych stanu Nevada poinformowała o warunkowym zwolnieniu Simpsona, które zaplanowano na 1 października 2017 roku[20].

 

 

zaloguj się by móc komentować

bolek @krzysztof-osiejuk
6 września 2017 16:11

"Lydon rzucił nazwisko Jimmy’ego Savile"

Jest duża szansa, że był jego ofiarą :(

zaloguj się by móc komentować

glicek @betacool 6 września 2017 14:56
7 września 2017 01:43

Nie tak dawno na kablówce leciał bardzo ciekawy i oddający realia pocz. lat 90tych 10-odcinkowy "American Crime Story. Sprawa OJ Simpsona". Szczegółowo od zabójstwa byłej żony OJ'a i jej nowego faceta, poprzez cały proces, linie obrony czyli rasizm policji wobec czarnych + widoczny rasizm czarnych wobec białych. Oczywiście na końcu wyrok ławy przysięgłych. Ja akurat lubię kryminalne historie.

Trudno jest doprawdy trafić na tej scenie na kogoś, kto miał i te pieniądze i tę sławę, a często też owo niezwykłe poczucie satysfakcji, jakie daje świadomość tego, że się coś w życiu osiągnęło, a mimo to wybrał drogę do praktycznego zatracenia.

Amy Winehouse? Michael Jackson? Freddie Mercury? Ktokolwiek by nie był dla mnie taki "szczyt zatracenia" trudny chyba do pobicia (i oby nigdy) to nieodżałowana Whitney Houston.

zaloguj się by móc komentować

bendix @krzysztof-osiejuk
7 września 2017 12:36

Czemu się tak wszyscy zachwycają Whitney Houston? W sumie poza wyciem niczego ciekawego nie wyprodukowała.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować