-

krzysztof-osiejuk : To ja

Hinduja, czyli dzieci Bollywoodu

       Parokrotnie już tu o tym wspominałem, ale ponieważ za każdym razem wiekszość z nas uparcie traktowała owe deklaracje jako żart, lub, co gorsza, prowokację, powtórzę to raz jeszcze: ja od wielu już lat nie dość że książek nie czytam, to wręcz ich nie biorę do ręki. Powtarzam więc to i niezmiennie zapewniam, że to nie jest ani prowokacja, ani żart, lecz czysta prawda: od wielu, wielu już lat, książek nie czytam, a jeśli nagle zapragnę jakichś ekstra wzruszeń, to puszczam sobie jakąś starą piosenkę, ewentualnie idę z moim synem do kina.

       Czemu tak? Otóż odpowiedź, wbrew pozorom, jest bardzo prosta. Moim zdaniem – i jak najbardziej biorę pod uwagę taką możliwość, że jest to wynik mojej coraz bardziej zaawansowanej starości i tego wszystkiego, co ona w sposób naturalny niesie – jestem głęboko przekonany, że po tych wszystkich literackich emocjach, jakich doznałem, będac jeszcze najpierw dzieckiem, a następnie młodzieńcem, gdy chodzi o tak zwaną „literaturę”, nic ciekawego mnie nie czeka. Jestem bowiem bardzo mocno przekonany, że kierunek, w jakim w ostatnich latach poszedł świat, ostatecznie i nieodwołalnie zabił to, co dotychczas nazywaliśmy – i to zarówno gdy chodzi o literaturę, jak i każdy inny rodzaj sztuki twórczej – geniuszem. Czy to gdy chodzi o sztuki plastyczne, czy o muzykę, czy o teatr, czy wreszcie o wspomnianą literaturę, dziś mamy do czynienia wyłącznie z jakimś ponurym przekrętem, którego jedynym celem jest wyłudzenie tak zwanej „kasy”, a praktycznie ostatnim towarem, o którym można powiedzieć, że jest do przyjęcia, jest film. I lepiej już nie będzie.

      Nie czytam książek, a więc nie mam też pojęcia, w jakim kierunku rozwija się współczesna polska, ale też światowa, literatura. Ostatnie informacje, jakie udało mi się zupełnym przypadkiem uzyskać, wskazywały na to, że emocje miłośników książki krążą między dupczeniem Kuczoka, a pijaństwem Twardocha, ostatnio jednak przeczytałem na blogu Coryllusa, że oni wszyscy uznali, że liczą się jednak wartości i dziś każda kolejna współczesna polska powieść rozpoczyna się od lotniczej katastrofy, by następnie przejść w rozważania nad sensem życia. A to by wskazywało na to, że kiedy oni już się napili, podupczyli i wyrzygali, wsiedli w samolot, by pojechać na targi do Londynu, nagle się przestraszyli, że co to będzie, gdy nagle coś się tam zepsuje i oni zlecą z tych 10 tysięcy kilometrów na mordę, no i znaleźli kolejny temat. Przepraszam bardzo, ale jaki ja mam powód, by się tym czymś ekscytować?

      Oczywiście mamy wolność, każdy z nas robi co chce i szuka satysfakcji tam, gdzie ma ochotę, i nikomu nic do tego. Jeśli jest jednak ktoś, kto czuje, że stanął przed ścianą i nie wie, jak się w tej nowej sytuacji odnaleźć, polecam księgarnię pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie wszystko jest takie jak kiedyś. Weźmy choćby moje wyprawy na dziewiąty krąg:

 

       

     Te akurat refleksje, w odróżnieniu chyba od wszystkich poprzednich, będą nosić nieco wesołą nutę. I to nawet nie dlatego, że ich bohaterowie zajmują dalsze miejsca w odpowiednich rankingach, ale przez to, że tym razem bardzo niebezpiecznie zbliżamy się do czegoś co popularnie określa się nazwą „Bollywood”, i to wcale niekoniecznie dlatego, że właśnie zamknęliśmy temat Al-Waleed bin Talal bin Abdulaziz al Sauda. No ale nie uprzedzajmy zdarzeń.

      We wcześniejszym tekście zwróciłem uwagę na zadziwiający bardzo fakt, że wbrew powszechnemu przekonaniu, że największe fortuny zgromadzone są na Bliskim Wschodzie, pozostając w rękach naftowych szejków, wśród najzamożniejszych ludzi na świecie wcale nie jest tak łatwo znaleźć osoby pochodzące z tamtego rejonu, a pierwszy arabski miliarder na liście „Forbesa”, biznesmen z Arabii Saudyjskiej, członek rodziny królewskiej, Al-Waleed bin Talal bin Abdulaziz al Saud, zajmuje tam miejsce dopiero w czwartej dziesiątce. A i to, gdyby się przyjrzeć jego finansowej karierze, chociaż faktycznie na jej początku stał handel ropą, dziś on niemal wyłącznie żyje z przejmowania różnorakich biznesów i handlu akcjami. Ropa się tam za bardzo nawet nie pojawia. Jeśli natomiast chcemy zobaczyć, jak wygląda biznes naftowy, powinniśmy się raczej udać do Teksasu – a jak ktoś ma ochotę na żarty to na stadion Chelsea, czy do niedawna choćby i do Poznania – a nie dusić w upale Bliskiego Wschodu.

      Jest jednak jeszcze coś, co być może zastanawia jeszcze bardziej, niż ów przedziwny arabski mit, a mianowicie dający się z łatwością zauważyć brak na czołowych miejscach we wszelkich finansowych rankingach przedstawicieli Zjednoczonego Królestwa. Jak jeszcze przyjdzie nam wspomnieć przy okazji refleksji na temat rodziny Rostchildów, absolutnym centrum finansowym świata jest londyńskie City, którego zarówno administracyjny, jak i polityczny status sprawia, że kiedy przyjeżdża tam brytyjska królowa, to jej przywódcza rola się automatycznie kończy, i jeśli ktoś się tam ma komuś kłaniać, to prędzej ona powoływanemu przez Rotschildów burmistrzowi i jego Radzie, niż oni jej. A zatem, łatwo stąd wysnuć wniosek, że z tą potęgą Brytyjskiego Imperium wcale nie jest tak, jak się przywykło sądzić. No ale żeby wśród faktycznych właścicieli naszego świata byli Szwedzi, Francuzi, Niemcy, Włosi, Hiszpanie, Brazylijczycy, ale już nie Brytyjczycy, i tak robi wrażenie, należy przyznać, trochę dziwne.

        Na szczęście i tu, podobnie ja tyle razy wcześniej, okazuje się, że pozory mylą, no i że przede wszystkim wystarczy stracić jeden drobny element, by przy okazji utracić cały sens, a więc prawdę. Wystarczy bowiem odwołać się do opinii wyrażonej jeszcze setki lat temu przez pierwszego doradcę królowej Elżbiety I, niejakiego Johna Dee, by zrozumieć, że z punktu widzenia Imperium, potęga Korony nie zna granic. A zatem, czy mamy do czynienia ze Stanami Zjednoczonymi, Kanadą, Australią, Indiami, Rosją, Afryką, Południową Ameryką, czy nawet i Chinami, to wszystko są tereny, gdzie wpływy Korony są w ten czy inny sposób decydujące. Nawet jeśli tylko na poziomie języka, bez którego żaden z owych rejonów nie będzie w stanie prowadzić swoich interesów, a więc i istnieć. To po pierwsze. Po drugie natomiast – podobnie jak się to ma w przypadku tak wpływowych rodzin, jak opisywani tu już Rockefellerowie czy Rotschildowie – nikt z nas tak naprawdę nie wie, jak wielkim majątkiem dysponuje dziś dynastia Windsorów. Nikt z nas nie ma bladego pojęcia, jaki majątek netto posiadają Elżbieta II z mężem, ich rodzeństwo i dzieci, oraz dzieci ich dzieci. Wystarczy może zwrócić uwagę na fakt, że wedle bardzo poważnych szacunków, narodzona zaledwie parę miesięcy temu księżniczka Charlotte już dziś dysponuje majątkiem w wysokości ponad miliarda dolarów. Tylko dzięki temu, że się urodziła i stała się czwartym w kolejce kandydatem do tronu. Bo, powtórzmy za Johnem Dee to raz jeszcze: Imperium nie zna granic i to ono decyduje kto jest jego przedstawicielem, kto jego sługą, a kto ma stać w kolejce i czekać na wezwanie, choćby po to, by Imperium zabawiać.

      Oto w tych dniach z 69 miejsca rankingu „Forbesa” na miejsce 76 spadli bracia Hinduja z majątkiem 14,2 miliardów dolarów, tym samym przesuwając na owej liście Wielką Brytanię o kilka dobrych pozycji. Kim są zatem owi bracia Hinduja? Przede wszystkim, i to należy podkreślić już na samym początku, są to wedle oficjalnych szacunków najbogatsi dziś Brytyjczycy, a jednocześnie Hindusi, których Imperium zgodziło się traktować jak swój narodowy skarb, i to skarb na tyle cenny, że, jak głosi publiczna plotka, Srichand P. Hinduja, najważniejsza osoba w międzynarodowym konglomeracie Hinduja Group, jej prezes i główny udziałowiec, może sobie pozwolić na tego rodzaju ekstrawagancję, że gdy zostaje zaproszony na bankiet do brytyjskiej królowej – co mu się zdarza stosunkowo często – jako oddany abstynent i wegetarianin, pojawia się tam z własnym jedzeniem.

      A wszystko zaczęło się w roku 1914, kiedy niejaki Parmanand Deepchand Hinduja uruchomił w Mumbai w Indiach rodzinną firmę produkującą i handlującą tekstyliami, która z miejsca zaczęła odnosić takie sukcesy, że już w roku 1919  rodzina mogła otworzyć swoje oddziały w Iranie. Srihand urodził się, jako drugi syn Parmananda w roku 1935 na terenie dzisiejszego Pakistanu i właściwie od pierwszego momentu, gdy był w stanie pracować, przejął swoją część rodzinnych biznesowych obowiązków zarówno w kraju, jak i w Teheranie, gdzie rodzina pozostała aż do roku 1979, kiedy to islamska rewolucja zmusiła właścicieli do tego, by przenieść interesy do Europy.

      Prawdziwy jednak początek owej nieprawdopodobnej wręcz kariery związany jest – jakżeby inaczej – z tym, co stanowi o kulturze Indii i o jej bardzo szczególnej, ale jednak wielkości, a więc czymś, co znane jest pod nazwą Bollywood. Otóż na początku lat 60-tych Hinduja nabył prawa do dystrybucji za granicą wielkiego przeboju indyjskiego kina pod tytułem „Sangam”. Uznał Hinduja, że najlepiej będzie skoncentrować się na dystrybucji filmu na rynkach bliskowschodnich i dzięki niezwykłemu sukcesowi owej historii, zarobił swoje pierwsze miliony.

        „Sangam” nie tylko był jednym z pierwszych bollywoodzkich filmów nakręconych w kolorze, ale przede wszystkim jako pierwszy wykorzystał w swojej historii sceny z Europy, a więc z Wenecji, Paryża, Londynu, czy Genewy, co w następnych latach stało się w tej dziwnej sztuce tradycją. Warto tu może opowiedzieć choć bardzo krótko fabułę tego filmu, a to głównie dlatego, że ona, jak mało co, pokazuje, czym tak naprawdę jest kariera i życie braci Hinduja. A to z kolei dlatego, że pod pewnym szczególnym względem, oni faktycznie wyglądają jak wyjęci żywcem z bollywoodzkiego filmu.

      Otóż Sundara, biednego sierotę z marginesu, oraz jego kolegę Gopala łączy od dziecka wielka i szczera przyjaźń. Podczas gdy Sundar prowadzi swoje zwykłe, biedne życie, Gopal zdobywa wykształcenie, w konsekwencji wyjeżdża na studia do Londynu, a następnie, już jako niezwykle zdolny prawnik, wraca do Indii i ponownie spotyka się ze swoim ubogim kolegą. Problemem jest jednak to, że i jeden i drugi kochają się w również znanej im od dziecka dziewczynie imieniem Radha. Dziewczyna także, tyle że już potajemnie, kocha obu mężczyzn, jednak jej rodzice, ze względu na niski status społeczny Sundera, od początku oczywiście stawiają na Gopala. Aby pokazać potencjalnym teściom, że on też zasługuje na rękę ich córki, Sunder udaje się na wojskowe szkolenie, by zostać pilotem myśliwców, a następnie wyrusza na wojnę w Kaszmirze. Tam niestety ginie, co sprawia oczywiście, że Gopal może już bezpiecznie wyznać swoją miłość ukochanej. Szczęśliwa para planuje małżeństwo, kiedy nagle okazuje się, że Sunder jednak nie umarł i stęskniony wraca do dwojga najbliższych mu osób, a więc do ukochanej i przyjaciela… I tak dalej, i tak dalej.

       To więc był faktyczny początek, jednak już chwilę potem, zapewne z wykorzystaniem pieniędzy zarobionych na Półwyspie Arabskim na owej poruszającej historii, pojawiły się interesy kolejne, i to wciąż na linii Indie – Iran, tak z pozoru bez znaczenia, jak eksport cebuli i ziemniaków, czy rudy żelaza. 

      Jak już wspomnieliśmy, w roku 1979, w obawie przed muzułmańskim szaleństwem, bracia Hundaja poczuli się zmuszeni do opuszczenia Iranu i przenieśli interesy do Europy. Srichand Hinduja z bratem Gopichandem polecieli do Londynu, by tam dalej zajmować się eksportem, ich brat Prakash zamieszkał w Genewie, skąd mógł bardziej skutecznie zarządzać finansami firmy, natomiast najmłodszy z braci, Ashok, pozostał na miejscu w Indiach i stamtąd już doglądał spraw w wymiarze lokalnym.

      Po wykupieniu w latach 80-tych od brytyjskiego Leylanda Ashok Leyland, oraz Gulf Oil od Chevrona, a później, już w latach 90-tych, po otwarciu banków w Szwajcarii i Indiach, Hinduja stają się jednymi z największych potentatów indyjskiego biznesu, obok takich potęg, jak Tata, Birla, czy Ambani.  W roku 2012, za ponad miliard dolarów, Grupa wykupuje w całości największego na świecie producenta ciekłych metali, amerykańską firmę Houghton International. W roku 2013 „Financial Times” informuje, że – znany nam bardzo dobrze i w Polsce –  Lakshmi Mittal stracił właśnie swoją pozycję najbogatszego Azjaty, a tym samym najbogatszego Brytyjczyka, na rzecz właśnie SP Hinduji. W tym samym roku, „Forbes Life” ogłasza, że wart 500 milionów dolarów dom Hinduji na londyńskiej Carlton House Terrace tuż obok Buckingham Palace jest trzecią najdroższą prywatną rezydencją na świecie.

      Nie jest łatwo określić, czym zajmuje się Hinduja Group, bo oni mają na oko wszystko, co przynosi pieniądze, natomiast niewątpliwie sama nazwa kojarzy się przede wszystkim z Ashok Leyland, drugą pod względem wielkości indyjską firmą produkującą samochody, czwartym największym na świecie producentem autobusów i szesnastym na świecie producentem ciężarówek. W swoich sześciu fabrykach, Ashok Leyland produkuje również części zamienne do samochodów, oraz silniki, jednych i drugich sprzedając rocznie tysiące. Gdy chodzi o produkcję autobusów, wedle wewnętrznych szacunków, Ashok Leyland przewozi dziennie ponad 60 milionów pasażerów, a więc więcej niż cała indyjska kolej.

       Jednak i tu interesy braci Hinduja wcale nie ograniczają się do tych autobusów. Inwestycje prowadzone są na najróżniejszych kierunkach, w efekcie czego można powiedzieć, że Hinduja Group to praktycznie dziś wszystko, od banków, przez ropę, IT, handel nieruchomościami, chemię, aż po zwykłą rozrywkę. Abyśmy mogli jednak zyskać choćby drobne pojęcie na temat zakresu prowadzonych przez braci Hinduja operacji, wystarczy rzucić okiem na takie choćby interesy jak: Hinduja Bank (Switzerland) Ltd, IndusInd Bank, Hinduja Global Solutions Ltd, Gulf Oil Corporation Ltd, P D Hinduja National Hospital and Medical Research Centre i wiele, wiele innych.

      I choć to jest to, co braci doprowadziło do dzisiejszej pozycji, przy tym wszystkim jednak, jak sądzę, wypada wciąż pamiętać o tym jak to się wszystko tak naprawdę zaczęło. Bo ile byśmy nie mieli przed sobą tych banków, tych rezydencji, tych, kompanii naftowych, zawsze na pierwszym planie pojawią się czterej niemal identyczni Hindusi w tych swoich czarnych garniturach, w okrągłych okularach, z całą tą swoją indyjską aurą, no i tamten film o dwóch kolegach i ich ślicznej koleżance. Dlaczego tak? Bo jak się zastanowić, to na początku tego wszystkiego zawsze jest to coś, co z jednej strony sprawia, że to Bollywood, a nie Hollywood reprezentuje najbardziej spektakularny przemysł filmowy na świecie, a z drugiej, że to Indie tak naprawdę mają dziś najwięcej na świecie milionerów. I proszę nie mieć do mnie pretensji, że nie wiem jak to się dzieje i dlaczego.

       Kilka lat temu w lokalnej indyjskiej prasie pojawiło się zdanie: „Słyszałem plotki na temat tego, ile oni wydają na same kwiaty, jednak nie mogę ich tu opublikować, bo bracia Hinduja by się za mnie wzięli na poważnie”. W związku z czym ta informacja? Otóż w styczniu 2006 roku bracia Hinduja postanowili ożenić trzech swoich synów. Wszystkich na raz. Podczas jednego przedstawienia, jednej imprezy, jednego biznesowego gestu. Jeśli ktoś ma choćby minimalne pojęcie na temat kultury Indii, nawet jeśli tylko zaczerpnięte z filmów takich jak wspomniany wcześniej „Sangam”, wie, że ślub w Indiach to nie żarty. Jeśli ktoś wie, jak zawzięty potrafi być Hindus z miliardami dolarów na koncie, nie zdziwi się też, że kiedy pewnemu dziennikarzowi po wielu miesiącach starań o uzyskanie wywiadu od braci Hinduja, a więc od pana SP, pana GP, panów Prakasha i Ashoka, kiedy wywiad był już gotowy do publikacji, okazało się, że zanim to nastąpi, należy z niego usunąć informację, że rozmowa odbywała się w pokoju z żyrandolem i perskim dywanem. Jeśli wreszcie ktoś wie, czym dla Hindusa z miliardami na koncie jest ślub syna i paru jeszcze bratanków, przyjmie jako rzecz oczywistą, że tam nikt się oszczędzać nie będzie. I tak też było 15 stycznia 2009 roku, kiedy to na uroczystość zaślubin trzech młodych Hinduja w Royal Western India Turf Club stawiło się wprawdzie zaledwie 10 tysięcy najbardziej bliskich przyjaciół rodziny, tyle że jednocześnie –  tak się akurat przy okazji złożyło – wszystkich najważniejszych ludzi w Indiach.

     Jak relacjonował sytuację redaktor „Daily in Bombay” Rajiv Bajaj, Hundaja „zaprosili wszystkich, każdego ministra w rządzie w Delhi, każdego gubernatora wszystkich 26 stanów, każdego parlamentarzystę, każdego bardziej liczącego się dziennikarza i oczywiście wszystkich najważniejszych przedsiębiorców. W najbardziej ekskluzywnych hotelach w Bombaju zarezerwowano 500 pokoi dla gości, którzy przybyli z Londynu, Genewy i z Bliskiego oraz Dalekiego Wschodu. Zaproszenia na wspólną uroczystość były zdobione prawdziwym srebrem i złotem, a jakby tego było mało, po otwarciu koperty, można było wysłuchać specjalnie zaaranżowanej na tę okazje melodii. Do każdego zaproszenia dołączona została specjalna, 48-stronicowa, książeczka z cytatami z Księgi Wedy. Na każdym zaproszeniu, małymi literkami na samym dole było napisane: ‘Prosimy o nie przynoszenie prezentów’”.

      Jeszcze czego, prawda? A jakie to by miały być prezenty? Eliksir na nieśmiertelność?

      Wielu obserwatorów twierdzi, że tego typu okazje bracia Hinduja traktują, jako kolejny sposób na umocnienie swojej pozycji w świecie finansów. Inni jednak, jak choćby popularny indyjski powieściopisarz Shoba De sugeruje, że Hinduja to zwykłe „buractwo”. „Miałem okazję ich poznać”, mówi. „Oni mi się wciąż mylą. Przypominają mi te rosyjskie babuszki, gdzie po otwarciu jednej, pokazuje się kolejna. Możliwe że to przez te identyczne czarne garnitury i identyczne okulary”.

     Shoba, mimo zaproszenia, nie zjawił się na uroczystości. „Nie chadzam do cyrku”, oświadczył.

      Wedle doniesień medialnych, dwa z owych trzech małżeństw zaaranżowanych zostało przez rodziców wyłącznie na podstawie horoskopów, natomiast trzecie, między synem GP, Dheerajem oraz Shalini Chandiramani, córką pewnego dystrybutora filmowego z Maroka, to coś niemal równie wielkiego, bo autentyczna miłość. A trzeba przyznać, że czegoś takiego jak prawdziwa miłość wszyscy oni byli spragnieni przynajmniej od czasu, gdy kilka lat wcześniej 22-letni syn Srichanda Dharam zakochał się w pewnej urodzonej w Anglii Hindusce, w tajemnicy przed rodziną się z nią ożenił i z którą, kiedy okazało się, że rodzina jest jednak bardzo niezadowolona, wspólnie postanowili popełnić bardzo spektakularne samobójstwo. Oboje zakochani wyjechali gdzieś w odludne miejsce na Oceanie Indyjskim, tam zamknęli się w drewnianej chałupie, chałupę podpalili, i tyle dobrego, że dziewczyna w ostatniej chwili spanikowała i uciekła z tego piekła.

       I to jest, moim zdaniem, cała prawda o braciach Hinduja i w ogóle o kodzie kulturowym, który oni reprezentują. Przy okazji też, można się zastanawiać, dlaczego ktoś taki jak Brytyjczycy, starannie ukrywając swoje sukcesy finansowe, do reprezentowania Imperium na tym akurat poziomie wysyłają akurat Hindusów. No ale powiedzmy, że to nie nasz problem.

 

 

To jest zaledwie jedna z historii przedstawionych w tej książce. Jeśli ktoś ma ochotę, wystarczy że zajrzy tu, a stamtąd już droga bardzo prosta.

 

 

 

 

       

    



tagi: hinduja  bollywood  indie  brytyjskie imperium 

krzysztof-osiejuk
16 sierpnia 2017 09:20
0     532    5 zaloguj sie by polubić
komentarze:
zaloguj się by móc komentować