-

krzysztof-osiejuk : To ja

Jak być biedną wdową i zachować dobry humor

Ponieważ jestem ostatnio w nastroju, gdzie między życiem, a śmiercią granica jest wręcz mikroskopijna, pomyślałem sobie, że warto by było spojrzeć na to, czym my się tu zajmujemy z nieco innej niż dotychczas perspektywy. Spójrzmy więc na świat, że tak to ujmę, osobny, czyli z perspektywy finansowej. Jak wiemy, najbogatszą dziś posłanką jest „nasza” Joanna Lichocka, która, wedle najnowszych danych, na swoim koncie posiada majątek warty blisko 5 milionów złotych. Tak się składa, że ja nie mam bladego pojęcia, co to znaczy mieć majątek w wysokości 5 milionów złotych, natomiast wiem, kim jest Lichocka i, co wiecej, mam okazję oglądać ją regularnie w telewizji, jak mnie oraz innych wyborców Prawa i Sprawiedliwości dzielnie reprezentuje publicznie w naszej walce o nową, sprawiedliwą Polskę.

Ale wiem coś jeszcze. Otóż jeszcze do nie dawna to nie Joanna Lichocka była najbogatszą posłanką Prawa i Sprawiedliwości. Na pierwszym miejscu owej listy znajdowała się, również „nasza”, pani poseł Dorota Arciszewska-Mielewczyk, która jeszcze parę lat temu chwaliła się majątkiem bliskim 10 miliona złotych, natomiast dziś funkcjonuje jako posłanka najbardziej zadłużona, której dług oscyluje w granicach 20 milionów złotych, w dół lub w górę.

I tu znów muszę przyznać, że nie wiem, co to znaczy mieć 20 milionów długu. Kiedyś, jeszcze za jego życia, czytałem, że Michael Jackson, który był właścicielem praw do wszystkich piosenek Beatlesów, był jednocześnie kompletnym bakrutem, no ale jakoś się tą wiadomością nie przejąłem, uznając, że to nie mój świat, a więc też i nie moja sprawa. Gdy chodzi o posłankę Prawa i Sprawiedliwości, Dorotę Arciszewska-Mielewczyk, którą, swoją drogą, widziałem przedwczoraj w telewizji, jak opowiadała o niemieckim zagrożeniu i wcale nie robiła wrażenia osoby zdesperowanej, jestem pod wrażeniem. 20 milionów złotych długu to jest wynik, który musi robić wrażenie.

Przeprowadziłem internetowe śledztwo i wiem już, jak to się stało, że posłanka Prawa i Sprawiedliwości Dorota Arciszewska-Mielewczyk tak naprawdę nie dość że nie ma nic, to jeszcze znalazła się w pełnej dyspozycji Systemu. Otóż cztery lata temu, mąż Pani Poseł, Krzysztof Mielewczyk, popularnie w Europie zwany „królem puchu”, kupił sobie helikopter, i kiedy się uczył nim latać, spadł na ziemię i umarł, stawiając swoją żonę wobec wyboru: albo machnąć na tę całą forsę ręką i mięć święty spokój, czy wszystko, włącznie z długami, zachować. Dorota Arciszewska-Milewczyk, posłanka Prawa i Sprawiedliwosci, postanowiła zaryzykować i dziś, jak czytam, żyje wyłącznie z poselskiej pensji w wartej jakieś 4 miliony posiadłości, jeździ starym mercedesem, ma 235 tys. złotych oszczędności, a więc o 265 tys. mniej niż przed rokiem, plus zaciągnietą w ubiegłym roku pożyczkę w wysokości 165 tysięcy złotych i 15 tys. debetu na karcie. Na co? Tego nie wiemy. Możemy się domyślać, że na życie.

Powstaje pytanie, komu Pani Poseł jest winna te 20 baniek? Tu zaskoczenia nie ma. Tak jak my wszyscy, ona zalega bankom – w jej akurat wypadku, mamy naturalnie SKOK-i – Urzędowi Skarbowemu, ZUS-owi, no i jeszcze tam komuś, ale, jak widać, ani jedni ani drudzy, ani tym bardziej nasze SKOK-i, nie mają do niej jakichkolwiek pretensji, uznając że tak jak jest, jest dobrze. A co my? No, gdy chodzi o nas, możemy najwyżej sobie poplotkować, ewentualnie pójść na loda. Zwłaszcza gdy, jak się okazuje, ów śp. Milewczyk, to wcale nie był ktoś w tym towarzystwie szczególnie szczególny. Wsród obecnych posłów, jest kilku, którzy od Mielewczyka są znacznie lepsi, gdy chodzi o majątek, a gdzy chodzi o długi również nie mają się czego wstydzić. I do tego nie muszą nawet mieć legitymacji PiS-u.

I, z tego co widzę, wszyscy czują się znakomicie i nie sądzę, by oni akurat podzielali nasze obawy, gdy chodzi o walkę, czy to o sprawiedliwe sądy, czy ewentualnie o Konstytucję. A ja? No ja muszę już kończyć, bo gonią mnie terminy.

 

 

Zachęcam wszystkich do zaglądania do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam szczerze i uczciwie.

 



tagi: władza  dorota arciszewska-mielewczyk  dług 

krzysztof-osiejuk
3 sierpnia 2017 09:31
7     929    7 zaloguj sie by polubić
komentarze:
ajs @krzysztof-osiejuk
3 sierpnia 2017 12:46

Jak to było?

Jesteś winny bankowi 20 tysięcy - to ty masz problem, a jak jesteś bankowi winny 20 milionów, to bank ma problem.

Tak więc niech się banksterzy martwią...

zaloguj się by móc komentować

Grzeralts @ajs 3 sierpnia 2017 12:46
3 sierpnia 2017 14:02

Bank nigdy nie ma problemu. 

zaloguj się by móc komentować

krzysztof-osiejuk @ajs 3 sierpnia 2017 12:46
3 sierpnia 2017 15:42

Myślisz, że oni jej nie wchodzą na konto, bo to się nie opłaca?

zaloguj się by móc komentować

Kuldahrus @krzysztof-osiejuk
3 sierpnia 2017 16:24

To jest potwierdzenie tego, że tam już jest tylko J. Kaczyński i może jeszcze pare osób, a reszta ma "dobry humor".

zaloguj się by móc komentować

ajs @krzysztof-osiejuk 3 sierpnia 2017 15:42
3 sierpnia 2017 19:33

Zapewne wchodzą - bo nie podejrzewam, że banki odpuszczą choćby 1 PLN.

Zastanawiam się jednak jak długo bank musiałby "skubać" takie konto aby odzyskać miliony? I niech to będzie nawet konto posłanki czy innego senatora, to przecież oni nie mają miesiecznych wpływów na takim poziomie, aby takie długi spłacić w okresie czasu, który jest z naszego normalnego punktu widzenia do ogarnięcia. W rozliczeniach takich długów, to zapewne w grę wchodzić będzie tylko jedno rozwiązanie - przejęcie  jakiegoś majątku (ruchomego lub nie) i spieniężenie tego. Tak to jakoś mi się widzi...

Pozdrawiam.

   

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @ajs 3 sierpnia 2017 19:33
3 sierpnia 2017 19:55

Względnie układ nieformalny. Usługi polityczne na rzecz lobby bankowego. Dziedziczenie długu raczej w tym kontekście jest mniej opłacalne dla banku.

zaloguj się by móc komentować

A-Tem @krzysztof-osiejuk
4 sierpnia 2017 19:33

Na tytułowe pytanie - retoryczne! - odpowiedzieć nie jest tak łatwo. Przejrzałem papiery z wypadku i tu już jest dużo łatwiej. A dokładniej - horror bije z kart KBWL-owskich, gdzie "wypadek analizowano" aż się ukazało dno.

 

Ten pan na M był agresywny do niemożliwości. Wynajął dziadka-pilota, 64 lata, który poleciał bez okularów, z nosem w GPS-ie, za to bez planu lotu i po okłamaniu kontrolerów na każdy możliwy temat. Bo pan M mu kazał, a dzadek się bał. Przekazał to w trzech rozmowach przed startem, po czym wsiadł i potulnie poleciał... w chmury, czyli bez widoczności. Do czego uprawnień naturalnie nie miał, my kozacy - po co?

 

Na wszelki wypadek helikopter absolutnie nie nadawał się do lotów bez widoczności, no to lu takim w chmurę (bez okularów) i bez przyrządu o nazwie rozkosznej, bo taki pomaga (trochę) latać w tych chmurach a nazywa się Sztuczny Horyzont. Ten przyrząd, na wszelki wypadek wybudowano, aby za bardzo nie ułatwiał, a wstawiono cholerawieco w pustą dziurę po Sztucznym Horyzoncie. Na wszelki wypadek podmianki fabrycznego przyrządu na cholerawico (jakby ta cholera "widziała" to by się spaliła ze wstydu na te machloje) NIE WPISANO do książki pokładowej, bo niby po co - jeszcze ktoś by wiedział o tym. Dziadek-pilot

 

(nie zmęczyłem Ciebie tą historią...?)

 

usiadł sobie na fotelu pasażera, a pasażer, pan M, wtrynił się na fotel pilota. Fajnie, nic nie działa tak dobrze, jak zamiana miejsc. Kto pilotował? Aaa, tego właśnie nie wiadomo. Rozpędzili heli do prędkości Vmax, na wszelki wypadek solidnie ją przekroczyli, a potem wtarabanili się w glebę. Cały czas w chmurze, bo te sięgały do samej ziemi, więc wiele ten, który pilotował (który?) nie ogarnął. Kto patrzył na wrąbujący się w glebę helikopter, a było trzech świadków, ten opowiedział, że "warczał jak harley" co znaczy że zerwali strugi na rotorze, w tej chmurze, gazując w niej ponad Vmax - po co strugi, kto powiedział, że helikopter w korkociągu nie lata... tak z dziesięć sekund, potem gleba.

 

No i to tyle.

 

Nawarstwienie chamstwa i idiotyzmu, i to W POWIETRZU, które jest żywiołem. Patrzyłem na tablicę przyrządów tego helikoptera. Straszne. A wiesz dlaczego? Bo w szybowcu miałem lepsze. Latałem z nimi bez widoczności, w chmurze i wychodziłem w koordynowanym locie, może dlatego, bo żywioł wymaga podejścia. Kto sobie zeń zadrwi, tego nie ma. Pan M zadrwił i zginął. Porwał ze sobą w śmierć dwóch ludzi, najwyraźniej od niego zależnych.

 

Pani małżonka wyszła z jej życiowej przygody z panem M z życiem. To największy skarb, jaki jej przypadł. Długi... Zobowiązania... Eee tam, ona żyje i może jeszcze wiele naprawić. Czy mamy życzyć pozostałym naszystom kupienia helikoptera? Tak się tylko... pytam.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować