-

krzysztof-osiejuk : To ja

Niemiectwo

Zgodnie z naszym nowym zwyczajem, niedzielna notka powinna być wspomnieniowa, tym razem jednak wspominamy niejako podwójnie, najpierw rok 2009, a następnie 2016. A ponieważ obchodzimy rocznicę masakry na Woli, myślę, że pozostajemy jak najbardziej w temacie. Zapraszam:

 

       

 

      Moja wczorajsza notka na temat rzekomego polskiego szowinizmu wywołała skromną dyskusję i w pewnym momencie przypomniałem sobie scenę sprzed lat, o której w ferworze dziejów jakoś zapomniałem. Otóż w roku 1980 wyjechałem po raz pierwszy w życiu na Zachód, a konkretnie do Frankfurtu nad Menem. Dlaczego tam? Bez specjalnie istotnej przyczyny. Podczas jakiejś uroczystości z okazji rocznicy matury spotkałem dawną koleżankę, która tam wcześniej zamieszkała, ona mnie do siebie zaprosiła, no i wylądowałem w tych Niemczech, przede wszystkim oczywiście z nadzieją znalezienia jakiejś pracy i za zarobione pieniądze kupienia sobie kilku płyt. Taki to był czas i takie marzenia.

Zajechałem więc do tych Niemiec i któregoś dnia, siedząc sobie w okolicznym barze poznałem pewnego Niemca o imieniu – daję słowo, że nie zmyślam – Klaus i trochęśmy się zaprzyjaźnili. Pewnego wieczora siedzieliśmy sobie w knajpie, gadaliśmy o życiu i nagle od stolika obok wstał jakiś Niemiec i odezwał się do mnie w następujący sposób: „If you are in Germany you must speak German”. On był oczywiście trochę pijany, ja byłem w towarzystwie, a więc nie specjalnie się wystraszyłem, no i to pewnie sprawiło, że bez chwili zastanowienia, odpowiedziałem mu, że jest mi bardzo przykro, ale ponieważ jestem z Polski, to po Niemiecku umiem tylko powiedzieć, że arbeit macht frei. Pamiętam to do dziś. Niemiec najpierw zdębiał, potem się zaczerwienił, następnie zaczął się jąkać, a w końcu się tłumaczyć, że on osobiście do Hitlera ma stosunek co najmniej ambiwalentny.

Kiedy dziś, kolejny już dzień słucham tego całego jazgotu na temat owego profesora uniwersytetu, który za to, że w miejscu publicznym używał języka niemieckiego, dostał z klasycznego byka w czoło, pierwsze co mi przychodzi do głowy, to to, że jemu w konfrontacji z owym kibolem-patriotą zabrakło odpowiedniego argumentu. No bo jak on, biedaczek, miał się zachować wobec tego typu agresji? Informując, że Jarosław Kaczyński to „Eine Kartoffel”? Przecież nie.

Ale jest jeszcze coś, o czym sobie dziś przypomniałem. Otóż w jednym ze swoich niedawnych tekstów Coryllus zauważył, że jedyna powszechnie rozpoznawalna niemiecka marka to Adolf Hitler. Nie jakiś Bosch, Siemens, czy nawet BMW. Co do każdego z nich bowiem zawsze istnieje podejrzenie, że za tym stoją Hindusi, czy Szwedzi. Gdy chodzi o Hitlera, każdy w miarę przytomny obywatel świata wie, że Niemcy to Adolf Hitler. A zatem, wygląda na to, że ze względów ściśle historycznych, nasza pozycja wobec nich jest na tyle silna, że nawet jeśli ja będę siedział cały dzień w oknie i spluwał na głowę każdemu przechodzącemu obok mojej kamienicy Niemcowi, nikt nie jest w stanie wypowiedzieć przeciwko mnie jednego słowa, oczekując, że ja je potraktuję z powagą. Tak to już jest i nie ma takiej ludzkiej siły, która może tu cokolwiek zmienić.

Korzystając z okazji, chciałbym dziś przypomnieć swój tekst, który osobiście uważam za jeden z lepszych, jakie w życiu napisałem, a którego tytuł w dzisiejszej okolicznościach nie mógłby być bardziej adekwatny – Niemiectwo.

 

 

W jednym z niedawnych wpisów, wspomniałem mojego dziś już nieżyjącego wujka, który stanowił dla mnie zawsze źródło przeróżnej wiedzy i inspiracji. Wprawdzie mam bardzo poważne wątpliwości, czy gdyby on trafił na te moje teksty, byłby ze mnie zadowolony, nie zmienia to jednak faktu, że to wybitny człowiek i – jak mówię – kopalnia wspomnień. Musi mi więc brat mojej Mamy wybaczyć, że go tu wykorzystam.

Kiedy wybuchła wojna, wujek miał 6 lat i mieszkał w maleńkiej wiosce nad Bugiem. Któregoś dnia przez wieś przejeżdżały okupacyjne oddziały niemieckie i żołnierze postanowili zatrzymać się obok naszego domu. Ponieważ wyglądali jak żołnierze, mieli dużo wojskowego sprzętu i w ogóle stanowili bardzo egzotyczną odmianę w życiu małego chłopca, wujek mój – właśnie jak to dziecko – polazł tam za płot, żeby popatrzeć na wszystko, co się tam działo. W pewnym momencie, jeden z Niemców, przechodząc obok mojego wujka – ot tak sobie, z rozpędu – walnął go w twarz tak mocno, że wujek się wywrócił, a następnie z płaczem pobiegł do swojego ojca, a mojego dziadka. Opowiada mi wujek, że dziadek był bardzo dumnym i dzielnym człowiekiem, który w sytuacjach tego typu niesprawiedliwości zawsze reagował honorowo. A więc i tym razem, wziął mojego wujka za rękę i poszedł do dowódcy tych żołnierzy, żeby powiedzieć mu co się stało. Niemiecki oficer wysłuchał relacji dziadka, powiedział, że rozumie jego wzburzenie, ale z formalnego punktu widzenia, nie ma powodów do interwencji. Polska jest krajem okupowanym, Polacy mają prawa bardzo ograniczone, więc takie rzeczy mogą się zdarzać.

Opowiada mi wujek, że on do dziś, bardzo intensywnie, pamięta z tego zdarzenia jeden szczegół. On stał tam z dziadkiem, dziadek obejmował go swoimi wielkimi, mocnymi ramionami, przed nimi stał ów niemiecki oficer, a wujek czuł, jak dziadkowi drżą ze zdenerwowania dłonie.

Kiedy wojna się skończyła, wujek mój twierdzi, panowało na wsi powszechne przekonanie, że z powodu tego, co Niemcy zrobili światu, niemieckie państwo przestanie istnieć. Dobrzy ludzie bardzo szczerze wierzyli, że cały teren, który dotychczas był zamieszkały przez Niemców zostanie zaorany, a na tej ziemi posadzi się kartofle. Co się miało stać z samymi Niemcami, o tym już nikt nie myślał. Nikt się nad tym nie zastawiał, i – prawdę powiedziawszy – każdy miał tę kwestię głęboko w nosie.

Od zakończenia wojny upłynęło już niemal 65 lat i – jak widzimy – z sobą i ze swoją historią Niemcy poradzili sobie zupełnie dobrze. Co ja mówię, zupełnie dobrze? Wręcz znakomicie! Nie dość, że powoli, ale konsekwentnie przestali się czerwienić na dźwięk słowa „wojna”, nie dość, że przestali się nerwowo wiercić na wspomnienie o tym, co się im zagnieździło pod tymi nordyckimi czołami w pewnym momencie ich dziejów, nie dość, że się zaczęli nagle w sposób zupełnie niewyobrażalny rozpychać, to ostatnio – jak się dowiaduję – niektórzy z nich nabrali na tyle odwagi, że zaczynają mi tłumaczyć, że w gruncie rzeczy cały ten chwilowy sukces ich chorego projektu, nie mógłby być w połowie tak spektakularny, gdyby nie aktywna współpraca ze strony tych wszystkich, których oni postanowili złapać za kark i wdusić w ziemię. Jak się dowiadujemy, niemiecki tygodnik „Der Spiegel” przedstawił ostatnio listę tych, z którymi Niemcy życzą sobie dzielić winę za to wszystko, co się stało przed 70 laty. A na tej liście znalazł się również mój Dziadek, moja Babcia, moja Mama, mój Tata, a może nawet i mój Wujek. Może nawet i On.

Słucham w telewizji wyjaśnień jednego z akredytowanych w Polsce korespondentów niemieckiej prasy, którego nazwiska akurat nie chce mi się pamiętać, a który tłumaczy mi, że nic takiego się nie dzieje. Że to z czym mamy do czynienia, to część zwykłej, historycznej debaty, która się toczy w całej Europie. Staram się jakoś zrozumieć ten dziwny skręt chorego umysłu. Staram się wyobrazić, co mógł mój dziadek zrobić, żeby dziś ten Niemiec potrafił wykrzesać z siebie nieco więcej szacunku do Polski i się zamknął. I jedyne co mi przychodzi do głowy, to tylko to, że miał zamiast trząść tymi swoimi polskimi, chłopskimi dłońmi, wziąć nóż i poderżnąć Szwabowi gardło.

No a przede wszystkim – choć boję się że to już zdecydowanie za późno – może warto by było wrócić do pomysłu z kartoflami.

 

 

Wszystkich jak zawsze zapraszam do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl,  gdzie można kupować moje książki. Bardzo polecam.

 



tagi: niemcy  powstanie warszawskie  wola 

krzysztof-osiejuk
6 sierpnia 2017 09:34
7     887    7 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Caine @krzysztof-osiejuk
6 sierpnia 2017 10:39

Opcja z ziemniakami to Plan Morgenthau. Zdaje się, że nie miał tutaj dobrej opinii. 

zaloguj się by móc komentować

ewa-rembikowska @krzysztof-osiejuk
6 sierpnia 2017 11:13

Oni już tak mają. Moja mama kiedyś jechała ichnim pociągiem i młody konduktor o coś się do niej przyczepił i zaczął ją ustawiać do pionu. Nie pomogły tłumaczenia osób, który jej towarzyszyły, a które miały  takie same bilety. W końcu mama pogrzebała w torebce wyciągnęła legitymację służbową Kolei III Rzeszy, która to instytucja po Powstaniu Warszawskim zapewniła jej zatrudnie za miskę zupy w okolicach Hamburga i huknęła po niemiecku - "smarkaczu, ciebie jeszcze na świecie nie było jak ja pracowałam na kolei niemieckiej a teraz się wynoś." Pomogło, facio do końca podróży skrzętnie omijał ten przedział. 

zaloguj się by móc komentować


Rozalia @krzysztof-osiejuk
6 sierpnia 2017 12:37

Ja też mam kilka wspomnień odpowiedzialnych przez mamę.

Pierwsze, kiedy wraz rodzeństwem szła w odwiedziny do cioci. Nagle nad ich głowami pojawił się niemiecki samolot, zniżył lot, a z zaczęto niego zapamiętale strzelać do grupki dzieci. Tak dla frajdy. Samolot nawracał kilka razy, żeby zwiększyć skuteczność działania. Dzieci rzuciły się w redliny kartofli i leżały nieruchomo. Pewnie Niemcy  uznali że osiągnięli cel,  polskie dzieciaki pozabijali i w końcu odlecieli. Ale niedoczekanie. Matka Boska otoczyła całą grupkę swoim płaszczem i nikt nawet nie został ranny.

Drugie wspomnienie z Berlina. Rok 1985. Mama wracała pociągiem ze Szwecji. Żeby kontynuować podróż, musiała się przesiąść w Berlinie do innego wagonu. Nie znając języka, kierowała się godziną wypisana na bilecie. Przez pomyłkę przejechała granicę z Berlinem Zachodnim, a tam to już po wywaleniu jej z pociągu było i Achtung i Hände hoch i Sznele. Podróż z przygodami.

Natomiast ja pierwszy raz spotkałam się z niemiectwem w połowie lat osiemdziesiątych, kiedy byłam w Rowach. W jednym z domków kempingowych zamieszkali Niemcy z dwunastoletnim synem. Swoim chamstwem, agresją, wrzaskiem,  dosłownie sterroryzowali wszystkich. Z ludzi jakby powietrze uszło. Gdyby tego niemieckiego gnojka ktoś odważył się ustawić, od razu było by inaczej.  To był mój pierwszy osobisty kontakt z niemiectwem, pierwszy nie ostatni.

 

zaloguj się by móc komentować


Starybelf @krzysztof-osiejuk
6 sierpnia 2017 20:40

Pamiętam, będąc jeszcze dzieckiem, że gdy pytałem jednej lub drugiej mojej Babci: "Jacy są Niemcy?", to padała tylko jedna odpowiedź - "Podli!".

Gdy pytałem o Rosjan, to padały rózne odpowiedzi, że są brudni, albo, że jeden powiedział, żeby nie zapisywali się do kołchozu, albo że dziadkowi zabrali rower, albo że jeden dał wujowi kalesony.

No, ale gdy chodzi o Niemców to zawsze była tylko ta jedna odpowiedź - "Podli!".

zaloguj się by móc komentować

onyx @krzysztof-osiejuk
7 sierpnia 2017 08:57

Niemiectwo z nich nigdy nie wyjdzie, to tak jak z komunistami.

https://twitter.com/jakubiak_marek/status/894442669329575936

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować