-

krzysztof-osiejuk : To ja

Siedem krótkich kawałków dla chwili relaksu

Mamy jeden dzień spoźnienia, ale damy radę. Rzecz w tym, że wczoraj w kioskach ukazał się kolejny numer znakomitego tygodnika „Polska Niepodległa”, a w nim kolejny zestaw moich kawałków do śmiechu na tematy okołopolityczne. Polecam. Dziś tutaj jednak przedstawiam to, co już za nami. Równie dobre.

 

Było tak, że na warszawskim Mokotowie dwóch chuliganów wdarło się do zajezdni tramwajowej i pomazało farbą jeden z wagonów. Pracownicy zajezdni przyłapali chuliganów, jeden z nich zdołał uciec, natomiast drugi, mimo że bardzo dzielnie walczył, by się nie poddać, został ostatecznie zatrzymany, przyczepiony łańuchem do zniszczonego tramwaju i grzecznie poproszony, by w ciągu kolejnych kilku godzin osobiście i skutecznie tramwaj wyczyścić. Kiedy wydawało się, że wreszcie doczekaliśmy wszyscy czasów, gdzie przynajmniej w najbardziej oczywistych sytuacjach prosty obywatelski odruch wyręczył w jego cieżkiej pracy państwowy wymiar sprawiedliwości, okazało się, że obywatelska postawa pracowników zajezdni może im przynieść jedynie zmartwienia. Oto już niemal na drugi dzień po zdarzeniu, głos zabrał niejaki Maciej Kalisz, pracownik Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, i oświadczył co nastepuje: „Wydaje się, że owo legalne ujecie obywatelskie przekształciło się w bezprawne pozbawienie wolnosci”. Nie wiem, jaką karę prawo przewiduje za wspomniane „bezprawne pozbawienie wolności”, wygląda jednak na to, że mamy problem. Ale jest jeszcze coś. Otóż, jak się okazuje, ów faworyt Fundacji Helsińskiej, to zamieszkały w Polsce Ukrainiec, co może oznaczać, że przed pracownikami zajezdni kłopoty jeszcze większe, czyli oskarżenie o prześladowanie narodowej mniejszości. A tu, jak wiemy, żartów nie ma.

 

***

 

Niewykluczone, że kiedy sprawa owych prześladowań się rozniesie, o wszystkim się dowie redakcja niemieckiego  „Sueddeutsche Zeitung”, a skoro tak, to też ich czołowy cyngiel, niejaki Heribert Prantl. Ów Prantl zrobił ostatnio u nas w kraju pewną karierę, pokazując takim tuzom polskiego dziennikarstwa jak Tomasz Lis, Waldemar Kuczyński, czy Jacek Żakowski, że istnieje poziom zidiocenia, jakiego żaden z nich osiagnąć nie jest w stanie i oświadczył:   Orbanowskie Węgry wymówiły najwyższemu sądowi Unii Europejskiej posłuszeństwo prawne, odmówiły mu wszelkiego szacunku, akceptacji i uznania. Orban zarzuca sądowi złamanie prawa. To nie jest zwyczajna obelga, bluźnierstwo i prawna zniewaga, to nie jest tylko złe zachowanie, to jest atak na fundament Europy. Węgry sabotują europejską rację stanu. Prawo konstytuuje Unie Europejską jako wspólnotę. Europa jest wspólnotą prawa, a Trybunał Sprawiedliwości jest powołany do stanowienia prawa. Kto ignoruje to sądownictwo i dopuszcza się tym samym samosądu, ten zrywa ze Wspólnotą, stawia się ex lex, poza prawem”.

Myślę, że każdy z nas ma tu coś, co wobec owej eksplozji niewysłowionego obłędu, chciałby powiedzieć, jeśli jednak idzie o mnie, to pragnę zwrócic uwagę na fragment dotyczący tego, co ten dziwny człowiek zechciał nazwać „europejską racją stanu”. A my wciąż pamiętamy wypowiedź przewodniczącego Junckera, w której ów medrzec przyznał, że jest w stałym kontakcie z przedstawicielami obcych cywilizacji, którzy sa zaniepokojeni tym, co się dzieje, między innymi, w Polsce i na Węgrzech. Czy to możliwe, że następnym etapem będzie obrona racji stanu Galaktyki?

 

***

 

Część z czytelników „Polski Niepodległej” pewnie w tym momencie zaprotestuje, że nie życzy sobie, by tu zamieszczać komentarze dotyczące jakiś durniów z Luksemburga, czy Holandii i skupić się na pośle Budce, ewentualnie aktorce Jandzie, a więc na naszych polskich sprawach. Ja mam oczywiście na to natychmiast odpowiedź, że nie możemy się izolować, i powinniśmy mieć stale oko na to, co się dzieje w Europie, której jak by nie było, jesteśmy częścią. Jednak skoro tak, to proszę bardzo. Przenieśmy się na nasze podwórko. Oto dotarła do nas informacja, że wśród całej tej awantury mającej na celu zdyscyplinowanie takich członków Unii Europejskiej, jak Polska, Czechy, czy Węgry, ni z gruszki ni z pietruszki, odezwał się Minister Spraw Zagranicznych Niemiec, niejaki Thomas de Maizière, i oświadczył, że on osobiście nie życzy sobie, by Unia Europejska wtrącała się w sprawy krajów członkowskich i wymuszała na nich przyjmowanie imigrantów. Na te słowa natychmiast odezwała się nasza totalna opozycja i ustami swojego przedstawiciela, senatora Platofrmy Obywatelskiej, Filipa Libickiego, oświadczyła, że słowa ministra de Maizière, stanowiąc zaledwie część kampanii wyborczej w Niemczech, są bez znaczenia, a sankcje w stosunku do Polski są wciąż konieczne, bo premier Kopacz obiecała i owej obietnicy należy dotrzymać. Kiedyś za takie uwagi karano stryczkiem. Dziś, szczególnie w wobec zachowań tak zwanych „osób sprawnych inaczej”, trzeba dyskutować. Dyskutujmy więc.

 

***

 

Wprawdzie większość bardziej przytomnych obserwatorów naszej sceny politycznej od początku wiedziało, że całe zamieszanie wokół rzekomego konfliktu na linii Prezydent - Rząd to wręcz prymitywna zagrywka propagandowa, mająca na celu zneutralizowanie tak zwanego „Projektu Adrian”, mimo to dziś jeszcze nawet, kiedy już doszło do spotkania Andrzeja Dudy z Jarosławem Kaczyńskim i panowie się wręcz uściskali, część komentatorów nie może się wyzwolić z otmętów szaleństwa. Oto głos zabrał pierwszy ostatnio ekspert totalnej opozycji, Ludwik Dorn, i poinformował że „spotkanie z inicjatywy prezesa Kaczyńskiego jest istotne, bo ten, kto prosi o rozmowę pokazuje, że jest w trudniejszej sytuacji, Spotkanie odbywa się w Belwederze, czyli na terenie prezydenckim i to jest niesłychanie ważne, bo po raz pierwszy Andrzej Duda został uznany za prezydenta przez pana Jarosława Kaczyńskiego”. A my już tu tylko możemy zauważyć, że skoro nawet ktoś tak inteligentny jak Ludwik Dorn zorientował się, że fakty przekazywane w kabarecie „Ucho Prezesa” to fikcja, to znaczy, że tam  się dzieją rzeczy niezwykłe.

 

***

 

Jeszcze tylko totalna opozycja dogada się między sobą i wszystko zagra jak należy. Rzecz w tym, że tu mamy poważny konflikt, co do oceny politycznych zdarzeń. W tym samym niemal bowiem momencie, co… swoją drogą, ciekawe, jak owego mędrca powinniśmy dziś tytułować… Ludwik Dorn poinformował, że Jarosław Kaczyński ogłosił kapitulację wobec Pałacu Prezydenckiego, odezwał się też poseł PSL, Piotr Gogorzelski i przedstawił analizę, z której wynika, że jest całkiem odwrotnie i to jednak Jarosław Kaczynski jest górą, a wspomniane spotkanie ma jedynie na celu „zdyscyplinowanie Pana Prezydenta”, żeby PiS-owi nie podskakiwał. A więc jednak Adrian? W tej sytuacji pozostaje nam wszystkim Państwu miłej zabawy.

 

***

 

My tak tu sobie żartujemy, a tymczasem wciąż niewyjaśniona pozostaje kwestia niemieckich reparacji. Sprawa, jak mówię, jest bardzo poważna i wymaga równie poważnej refleksji, tymczasem rząd Dobrej Zmiany z uporem godnym lepszej sprawy na pierwszy front walki wysuwa wiceministra Patryka Jakiego, który na swoim Twitterze oświadcza (pisownia oryginalna): „Kwestia reparacji wojennych to sprawa oczywista. Skoro Niemcy za zniszczenia wojenne płacą Francji czy Wielkiej Brytanii , dlaczego nie Polsce, która poniosła większe straty? Gdybyśmy te bilony złotych zamiast na odbudowę Polski po  niemieckiej hatakumbie przeznaczyli na rozwój naszego państwa, to Polska była by dziś dwa razy silniejsza ekonomicznie”.

Dziś cała, wspomniana przez ministra Jakiego, Polska śmieje się z tego, że ten jest przekonany o istnieniu słowa „hatakumba”, ja chciałbym jednak zwrócić uwagę na coś, moim zdaniem, znacznie ciekawszego. Otóż, jeśli się wczytać w wypowiedź Jakiego, należy dojść do wniosku, że on zwyczajnie bełkocze. Problem z „hatakumbą” można zwalić na karb nieuwagi lub pośpiechu. Ja sam choćby mam kolegę, który pewnego razu, w dawnych jeszcze bardzo czasach, zerwał wszelkie stosunki z dziewczyną, która się biedna zagapiła i wspomniała coś na temat samochodu marki „mitsibushi”. A zatem my tu musimy też dać swiadectwo: całość owego wpisu świadczy o tym, że Patryk Jaki to ktoś, kto, kiedy się do nas zwraca, cały swój intelektualny wysiłek kieruje na to, by mu się krawat broń Boże nie przekrzywił, no i w efekcie, mamy to co mamy, czyli choćby ową „hatakumbę”.

 

***

 

Ktoś zapyta, co to zmienia, a ja z autentyczną radością odpowiadam, że nic. Dlaczego? Bo w odwodzie zawsze pozostaje poseł Platformy Obywatelskiej Michał Szczerba, który myje ręce zanim się wysika. Przepraszam bardzo, ale tu już nawet sam Lucyfer nie pomoże. 

 

 

Wszystkich bardzo serdecznie zachęcam do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz i do kupowania naszych książek. Nie wiem, ile razy można powtarzać, że dziś na rynku nie ma nic lepszego.

 

 



tagi: polityka  polska niepodległa  wezwani do tablicy 

krzysztof-osiejuk
21 września 2017 10:50
4     506    2 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Starybelf @krzysztof-osiejuk
21 września 2017 16:22

"Hakatumba".... A może chodzi o "Hakuna matata"? Okrzyk wznoszony przez surykatkę Timona i guźdźca Pumbę. Młody ojciec (pan Jaki) naoglądał się filmów dla dzieci i nasłuchał z tychże filmów cytatów, no i potem wyszła ta "hakatumba".

zaloguj się by móc komentować

krzysztof-osiejuk @Starybelf 21 września 2017 16:22
21 września 2017 17:54

Myślę, że jest gorzej. To może być syndrom powszechnego niedouczenia. Ja bym się nie zdziwł, gdyby się okazało, że on zamiast "przynajmniej" mówi "bynajmniej".

zaloguj się by móc komentować

Caine @krzysztof-osiejuk
21 września 2017 17:58

Guźca. 

zaloguj się by móc komentować

jaguar @krzysztof-osiejuk
21 września 2017 22:18

Mycie rąk przed nie jest wcale głupie, zwłaszcza w wypadku polityka, który być może wkłada ręce w nieczyste sprawy.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować