-

krzysztof-osiejuk : To ja

Trzydzieści lat minęło, czyli czy prezes Ochódzki był Polakiem

     Na targach w Bytomiu, w pewnym momencie podeszła do stoiska pewna pani, wzięła do ręki jeden z ostatnich już egzemplarzy mojego „Elementarza” i zaczęła go przeglądać. Po chwili odłożyła książkę z obrzydzeniem na miejsce i poinformowała mnie, ze za to, co napisałem o blogerze Seawolfie, ona nksiązki nie kupi, a że mną nie chce mieć nic wspólnego. Jej zdaniem bowiem świętej pamięci Seawolf był najwybitniejszym polskim blogerem, a moja ocena jego pisarstwa jest „niesprawiedliwa”, a przede wszystkim „nieobiektywna”. Tłumaczyłem tej pani, że ja z Seawolfem na poziomie towarzyskim żyłem bardzo dobrze, jako koledzy lubilismy się i takie tam, natomiast faktycznie to jak pisał mi się nie podobało, on to wiedział i przyjmował uporzejmie do wiadomości. Na nic. Pani była obrażona i ostatecznie rozstalismy się w niezgodzie.

     Rozmawialiśmy trochę o tym zdarzeniu z Coryllusem i doszliśmy do wniosku, że to jest naprawde okropne, że zarówno on, jak i ja, od samego niemal początku naszej publicznej działalności jesteśmy wystawieni na najbardziej okrutne szyderstwa, a gdy chodzi o ocenę naszych umiejętności, to nikt nie ma dla nas żadnej litości. Czy to komukolwiek przeszkadza? Czy ktoś może się oburza sposobem w jaki się traktuje „najwybitniejszych polskich blogerów”. Nie zauważyłem. Czy mnie to oburza? Ani trochę. Dlaczego? A to dlatego mianowicie, że moim zdaniem każdy może sobie o każdym myśleć to co chce. I nikomu nic do tego.

      Jest jednak tak, że jest grupa nazwisk, które z każdej możliwej strony są ścisłą objęte ochroną i, choć oczywiście mamy demokrację, wolność słowa i swobodę dyskusji, ich akurat można albo cenić, albo się zamknąć. Znamy te osoby i ich nazwiska, znamy poziom owej ochrony, więc nie ma tu już dłużej o czym gadać. Natomiast chciałbym powiedzieć, dlaczego nagle przypomniała mi się owa pani z naszym kolegą Seawolfem. Otóż cały internet świętuje dziś 30 rocznicę śmierci reżysera Barei, a ja sobie myślę, że to między innymi on należy do wspomnianego klanu „nietykalnych” i niech Bóg broni każdego, kto zechce ogłosić, że filmów Barei nie lubi i nigdy nie lubił. A już zwłaszcza w 30 rocznicę jego śmierci.

      Pisałem o Barei jeszcze w roku 2011 i choć zdaję sobie sprawę, że 30 lat to może zbyt krótki okres na tego typu wspomnienie (w końcu z tego co mi wiadomo, nawet o Szekspirze, również zmarłym, można pisać, co człowiekowi przyjdzie do głowy), niemniej chciałbym tamten tekst dziś własnie przypomnieć i liczyć na to, że przynajmnie część z nas, uzna, że choć z niego był z pewnością „równy gość”, to te filmy są już nie za bardzo.

 

      Nie umiem powiedzieć, jak to się stało, że ktoś zupełnie niedawno na naszym blogu wspomniał o filmach Stanisława Barei i to w kontekście, który mi osobiście jak najbardziej odpowiada, a więc jako o wzorowym przykładzie polskiej komedii dla wykształciuchów. Stało się tak jednak, a ja mogę tylko podejrzewać, że kiedyś – oczywiście nie mam pojęcia kiedy i po co – o tym niezwykłym zjawisku musiałem wspomnieć, ktoś tę moją wypowiedź zapamiętał , i z jakiejś okazji do niej nawiązał. Tak czy inaczej, ten Bareja się pojawił, ja na to pojawienie się zareagowałem tak jak reaguję na niego zawsze, a więc nieprzyjaznym ziewaniem, i obiecałem, że będę musiał w końcu tu na blogu i za niego i ten jego szczególny kult się wziąć. Oczywiście, jak tylko obejrzę w całości jeśli już nie „Misia”, to przynajmniej jakikolwiek jego film w całości. W końcu głupio jakoś pisać o czymś, co się zna wyłącznie pobieżnie.

      Uparłem się na tego „Misia” i powiem szczerze, że starałem się bardzo. Do tego stopnia bardzo, że zacząłem od rozwiązania najbardziej dla Barei i jego sztuki filmowej korzystnego, a mianowicie czegoś, co na youtubie wisi, jako „Miś – the best of”, czy jakoś tak. Wiadomo bowiem, że wybór najlepszych scen, najlepszych piosenek, najlepszych melodii, czy wreszcie najlepszych dowcipów, to jest coś co działa zawsze. Jestem uczciwie przekonany, że nawet gdyby mi ktoś zaproponował dziesięć najlepszych scen z filmu „Czas Apokalipsy” , to ja bym też to obejrzał z przyjemnością. Ba! Wierzę głęboko, że ja bym nawet był w stanie wysłuchać w całości płytę z najlepszymi piosenkami zespołu U-2 – zakładając oczywiście, że nie byłoby ich więcej jak osiem.    A więc, wbrew swojemu bardzo tu jednoznacznemu doświadczeniu, miałem wielką nadzieję, że owe najlepsze sceny z „Misia” – w odróżnieniu od samego „Misia” – obejrzę jednak od początku do końca. Otóż nic z tego. Stało się dokładnie tak, jak to się wielokrotnie – naprawdę wielokrotnie – działo przy okazji najróżniejszych filmow Stanisława Barei. Jeszcze na dobre nie zacząłem, a już skończyłem.

      A zatem, jak wszystko na to wskazuje, mamy kłopot. Bo skoro nie udało mi się wycierpieć owej kompilacji najbardziej śmiesznych scen z tego filmu, to o tym bym obejrzał cały film, mowy być już nie może. A skoro nie zobaczę „Misia”, to nie bardzo jak mam o nim pisać. I co gorsza, wygląda na to, że nie mam jak o nim pisać już do końca mojego życia. I pewnie bym na to machnął ręką, gdyby nie fakt, że – jak mnie poinformował dziś mój kolega Coryllus – problem Barei pojawił się na blogach i wzbudził poważną dyskusję. Nie wiem, kto i w jaki sposób zaczął ten temat, nie wiem też jak się ta dyskusja rozwinęła, wiem natomiast, co napisał na ten temat Coryllus, a ponieważ, mimo że całość jego refleksji mi jak najbardziej pasuje, pewne jego uwagi wydały mi się mało precyzyjne, a czasem zdecydowanie obok problemu, postanowiłem, że jednak się złamię i o Barei napiszę coś od siebie.

      Pozostaje kwestia tego „Misia”, którego – jak już przyznałem – nigdy nie miałem okazji, nie dość że w całości, to w ogóle w jakiejś solidnej części obejrzeć. Myślę, że jednak sobie poradzę, a to dlatego, że z tego co wiem, nie ma absolutnie takiej możliwości, żeby ktoś kto widział dziesięć różnych fragmentów filmów Barei, nie mógł tym samym poznać całości jego możliwości. Często tak bywa, że do porządnej oceny pracy artysty trzeba znacznie więcej, jednak jak idzie o Bareję – uważam, że on nie potrzebuje naprawdę o wiele więcej. Skąd takie moje podejrzenie? Stąd mianowicie, że Bareja to w sposób absolutnie zdecydowany człowiek jednego pomysłu, a pomysł ten można opisać przy pomocy takiego obrazu. Przychodzi człowiek do baru mlecznego i zaraz przy wejściu wita go napis „Zdrowe mleko – zdrowa praca”. Siada ów człowiek przy stoliku, który ma jedną nogę krótszą, więc się tak okropnie kołysze, i od razu wiadomo, że przy nim nie da się ani jeść, ani pić. W tym momencie podchodzi do niego nadęta kelnerka i pyta: „Czego?” Kiedy on prosi o herbatę, dowiaduje się, że jest tylko wódka. Człowiek na to pyta dlaczego, na co ona mu mówi, żeby uważał, bo ona zaraz zawoła milicję. Człowiek chce wyjść z baru i okazuje się, że się wyjść nie da, bo się zacięły drzwi. Męczy się z tymi drzwiami, męczy, i wreszcie, kiedy już ma wychodzić, dopada go kelnerka i każe mu za to, że używał bez potrzeby stolika, wpłacić sto złotych na odbudowę miejscowego placu im. Bohaterskich Traktorzystów. I tak to się plecie przez kolejne sceny, a wszystko to jest naturalnie okropnie inteligentne, śmieszne, a przede wszystkim bardzo odważne, bo wszyscy przecież wiemy, jak to za PRL-u było ciężko z cenzurą.

      Uważam więc, że do tego, by spróbować opisać zjawisko pod nazwą „Stanisław Bareja”, to co o jego filmach wiem, wystarczy mi w zupełności. A jeśli nawet miałem tu jeszcze pewne wątpliwości, to po próbie obejrzenia zestawu „Najlepsze z…” wiem, że tak jak jest, jest z całą pewnością dobrze. Bo to akurat, że filmy Stanisława Barei, jeśli idzie o pomysł i metodę, oparte były wyłącznie na sekwencji takich, jak je sobie wyżej wymyśliłem, grepsów, to fakt nie do dyskusji. Pod tym względem, one przypominają to, co – z zupełnie innej beczki – mamy okazję obserwować w przygodach Harrego Pottera, czy – jeszcze prościej – w klasycznej telewizyjnej telenoweli, gdzie trzy razy w tygodniu scenarzyści muszą dopisywać kolejne przygody, a robią to siłą rzeczy tak, że jeśli scena dziesiąta nie ma jakiegokolwiek logicznego powiązania ze sceną drugą, to zupełnie nic nie szkodzi, bo sens w tym, żeby związek był wyłącznie między sceną drugą a trzecią i między dziesiątą, a dziewiątą.

      Tak właśnie się rozwijają scenariusze wszystkich znanych mi filmow Stanisława Barei. Tam nie chodzi o nic innego jako to, by w ciągu tych dziewięćdziesięciu czy stu minut, opowiedzieć maksymalnie dużo dowcipów o autobusie, który ma napisane, że jedzie na Obrońców Moskwy, a tymczasem jedzie na Plac Trzeciego Czynu Społecznego, czy o kranie, gdzie zarówno z zimnego jak i ciepłego kurka leje się wrzątek, no i żeby wszędzie było jak najwięcej ponurych wieśniaków w beretach i z petem w ustach, czekających w kolejce na bilet z zakładu pracy do teatru na „Hamleta”. No i oczywiście, żeby autorami tych wszystkich gagów byli najwybitniejsi polscy aktorzy komediowi, a więc Bronisław Pawlik, Stanisław Tym, Wojciech Pokora, Krzysztof Kowalewski, Jerzy Turek, Jerzy Dobrowolski, Jacek Fedorowicz… można by wymieniać.

      Nazwiska tych aktorów – stałych aktorów Barei – wspominam nie bez przyczyny. Chodzi o to, że ja nie za bardzo chcę się koncentrować na jakości tych filmów, z tej prostej przyczyny, że, jak podejrzewam, to że one są jako filmy do niczego, w chwilach podstawowej równowagi, wiedzą nawet ci, którzy normalnie traktują je jako obiekt kultu. Z filmów Barei, jeśli na moment przestaniemy patrzeć na nie jak na maszynkę do opowiadania kawałów, nie zostanie nam nic, poza być może grą niektórych z aktorów. Ale jeśli wspominam o aktorach, to też wcale nie po to, żeby się zachwycać nad ich grą. Tu akurat chodzi mi o to, byśmy zwrócili uwagę na fakt, że Stanisław Bareja, reżyser, który jest przez niektórych dziś traktowany jak samotna wyspa na oceanie komunistycznego kłamstwa, przez cały czas tkwił po uszy w najbardziej oczywistym mainstreamie. To nie był ktoś, kto stworzył niezależne antypeerelowskie kino, zgromadził wokół siebie grupę swoich aktorów, i w organizowanych po salkach parafialnych pokazach, podtrzymywał ducha narodu. Kiedy się patrzy na te filmy dziś, i widzi się rozmach, z jakim one były robione i tych właśnie aktorów – wszystkich najbardziej akurat wtedy pierwszorzędnych – to nie można się łudzić, że filmy Barei powstawały poza samym głównym nurtem.

     Ale to przecież też wszyscy wiemy. Wiemy świetnie, że jeśli Bareja miał kłopoty, to były to ewentualnie zwykłe towarzyskie rozgrywki, a i to nie sądzę, by one były dla niego jakoś szczególnie męczące. Nawet jeśli Bareję tępił Kutz ze swoim ubeckim towarzystwem, to ten bojkot nie mógł być aż tak silny, żeby on się mógł nim przejmować. To zresztą były takie czasy, że akurat bardziej po linii było trzymać z tak zwaną opozycją, niż z betonem. Choćby Daniel Olbrychski, Jacek Fedorowicz, czy Maja Komorowska mogą coś na ten temat powiedzieć. Tyle że ja jestem niemal pewien, że gdyby Stanisław Bareja dziś żył i był dziarskim staruszkiem, to by występował co tydzień w TVN-ie i razem z Kutzem pluł na rdzewiejący w Smoleńsku wrak tupolewa. I niech mi teraz ktoś powie, czemu nie?

      Ale i to przecież nie jest tu najważniejsze. Bo w końcu – jak mówię – to że filmy Barei obiektywnie były w najlepszym wypadku przeciętne i to, że jeśli on faktycznie był antykomunistą, to dokładnie tak samo jak każdy z nas, włącznie z przeciętnymi członkami PZPR. Chodzi mi dziś najbardziej o ten kult. O to, że dla wielu z nas – i to również tych, którzy wiedzą wszystko bardzo dobrze i do końca – z jakiegoś powodu, ten „Miś”, te Alternatywy i ta cała reszta jego komedii pozostają wręcz symbolem walki z komuną. Walki przez śmiech i szyderstwo, ale właśnie walki. I to właśnie ze względu na tych moich druhów w biedzie, piszę ten tekst. By zwrócić im uwagę na jeden bardzo, moim zdaniem, interesujący aspekt całej tej barejowskiej histerii. Chodzi mi mianowicie o to, że z jakiegoś powodu, szczególnie chyba film „Miś” jest ulubionym filmem całej tej bandy młodej platformerskiej miejskiej inteligencji. Oczywiście nie tylko „Miś”. Również „Dzień świra”. „Miś” i „Dzień świra”. Te dwa filmy stanowią przedmiot autentycznego intelektualnego kultu dla tego właśnie pokolenia. Można by wręcz powiedzieć wielo-pokolenia. Oni oczywiście lubią też „Testosteron” i „Ladies”, i inne komedie, ale to tylko dla jaj. Poważne myślenie odbywa się dopiero przy okazji „Misia” i „Dnia świra”. To wtedy właśnie, przeciętny, nowoczesny wykształciuch zaczyna intensywnie kontemplować coś, co Rafal Ziemkiewicz kiedyś opisał jako „polactwo”, a co pop-kulturowo stanowi zjawisko znacznie szersze od tego co można było znaleźć w oryginale. Bowiem na poziomie „Misia” nie mamy już Polaka z jego przywarami i kompleksami. Tam nie mamy już Polski jako zacofanego skansenu. W „Misiu” wtedy, a dziś w „Dniu świra”, mamy już tylko zwykłe śmierdzące gówno. Oczywiście pokazane tak, by nikt się nie porzygał, lecz się pośmiał i zadumał, ale jak najbardziej gówno. I stąd, jak sądzę, popularność Barei wśród nowej polskiej inteligencji.

      Pamiętamy wszyscy, jak to w tym samym czasie, kiedy Bareja kręcił swoje „antypeerelowskie” komedie, karierę robił Jerzy Gruza ze swoim „Czterdziestolatkiem”. Z jakiegoś powodu, „Czterdziestolatek” nigdy nie uchodził za przejaw niezależnej walki z komuną. Wręcz przeciwnie, wielu z nas „Czterdziestolatka” do dziś tępi, jako przykład najbardziej chamskiej peerelowskiej propagandy. A ja przyznam, że tego nie rozumiem. To znaczy, rozumiem, że „Czterdziestolatek” to była propaganda, natomiast nie rozumiem, dlaczego „Czterdziestolatek” był propagandą, a „Miś” już nie. Czy może dlatego, że w tym całym pezetpeerowsko, ubecko, debilnym otoczeniu Karwowski i jego rodzina byli zwykłymi, sympatycznymi ludźmi? Czy może dlatego, że Karwowski był członkiem PZPR? Przepraszam wszystkich bardzo, ale tego nie rozumiem. Przecież jak idzie o kpiny z ówczesnej Polski i tych co wtedy Polską rządzili, tam było wszystko co trzeba. Natomiast przyznaję – w „Czterdziestolatku” nie wszyscy byli polskim bydłem. Tak naprawdę, tam w ogóle nie było polskiego bydła. I stąd pewnie ów brak szacunku.

      Nie oszukujmy się. Barei wcale nie chodziło ani o PRL, ani o komunizm, ani o niewolę, ani nie o terror. Tu nie chodziło o to, że przez tyle lat musieliśmy żyć w tym upiornym świecie, gdzie nic, i to dosłownie nic, nie działało. Tu śmieszne jest to, że to co pokazuje Bareja to jest Polska i Polacy. Kraj debili, agentów i wieśniaków. Dziwek i idiotek. Kraju gdzie wszystko śmierdzi syfem i starą szmatą. O nie! Tam w ogóle nie chodziło o komunizm. I dziś, kiedy tak próbuję oglądać te fragmenty barejowskich grepsów, myślę sobie, że gruncie rzeczy ówczesnym towarzyszom tamte filmy się musiały bardzo podobać. Na zasadzie takiej, że no popatrzcie kolego, i z kim to my się tu musimy męczyć. A dziś, jestem pewien, że film „Miś” jest również jednym z ukochanych filmów takiego Stefana Chwina, o którym parę razy też już miałem okazję wspomnieć. On tam z pewnością potrafi znaleźć dla siebie wieczną inspirację.

      Na początku zaznaczyłem, że mocnym powodem, dla którego wziąłem się jednak ostatecznie za Bareję był tekst mojego kolegi Coryllusa, i że są akcenty w jego wpisie, które pozostawiają we mnie poczucie pewnego braku. O co chodzi? Otóż Coryllus sugeruje, że Stanisław Bareja kręcił te filmy na zamówienie Partii. Może nie całej Partii, może nie zamówienie bezpośrednie, ale że tak czy inaczej ktoś tam, gdzieś tam, wziął go na bok i powiedział, ze nie byłoby źle coś w tym tonie kręcić. Nie zgadzam się z tą opinią. Uważam, że gdyby Bareja był zaledwie wynajętym specem od sączenia tej trucizny, nie byłoby tak źle. W końcu ich było zawsze bez liku. Problem w tym, że on prawdopodobnie autentycznie uważał, że to co mamy w Polsce to fatalny, straszny, nieludzki System, tyle że Polacy są tak do dupy narodem, że na nic lepszego nie zasługują. I w ten sposób, on był w pewnym sensie prekursorem tego całego nurtu polskiej współczesnej myśli intelektualnej, który tak nas niszczy dziś. I to właśnie dlatego, jest on ulubieńcem tych, których na co dzień uważamy za zdrajców, katów i tchórzy, i tak często też ulubieńcem nas samych. Uważam, że nie zaszkodziłoby było się troszeczkę nad tym zastanowić.

 

 

Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Zapraszam.

 



tagi: prl  stanisław bareja  kult  miś 

krzysztof-osiejuk
15 czerwca 2017 11:12
13     673    4 zaloguj sie by polubić
komentarze:
gabriel-maciejewski @krzysztof-osiejuk
15 czerwca 2017 11:26

Było o wiele gorzej. Jutro o tym napiszę

zaloguj się by móc komentować


beczka @krzysztof-osiejuk
15 czerwca 2017 18:58

Ja Misia jeszcze oglądne, ale Dzień Świra itp. to już nie dam rady.

zaloguj się by móc komentować

krzysztof-osiejuk @beczka 15 czerwca 2017 18:58
15 czerwca 2017 19:02

Trudno mi oba porównywać, bo i jeden i drugi widziałem tylko we fragmentach, no ale mozliwe, że "Miś" jest bardziej do zniesienia. Podobnie jak cała PRL-owska produkcja.

zaloguj się by móc komentować

beczka @krzysztof-osiejuk 15 czerwca 2017 19:02
15 czerwca 2017 19:13

Tak samo jest z muzyką. Tę z PRL lżej znosić niż większość polskiej wsppółczesnej.

zaloguj się by móc komentować

onyx @krzysztof-osiejuk 15 czerwca 2017 19:02
15 czerwca 2017 23:16

Dopóki byłem lemingiem byłem fanem Barei i Dzień świra też mi się podobał. Ale już przy Wszyscy jesteśmy Chrystusami coś zaczęło w głowie chrupać. Teraz potwierdzam, że filmy Barei da się oglądać tak jak starego Laskowika czego o "nowym" Laskowiku powiedzieć nie można. Oczywiście mając w tyle głowy że to wszystko propagandowy szit. Dzień świra to już Gazownia z serca nas nienawidząca.

zaloguj się by móc komentować

krzysztof-osiejuk @beczka 15 czerwca 2017 19:13
16 czerwca 2017 00:27

Jak większość tego, co nam proponują.

zaloguj się by móc komentować

krzysztof-osiejuk @onyx 15 czerwca 2017 23:16
16 czerwca 2017 00:28

Wolę Laskowika. Starego. Nowego nie znam.

zaloguj się by móc komentować

onyx @krzysztof-osiejuk
16 czerwca 2017 14:35

Nowy jest rubaszny na poziomie Neonówki choć oczywiście nie tak wulgarny. No i stoi oczywiście po właściwej stronie jak reszta. Dzięki temu go na nowo przywrócili do życia ale ostatnio jakoś go nie widzę. No i poza tematem, co się stało z Niesiołowskim Stefanem? Tyle tematów a on nic.

zaloguj się by móc komentować


Czepiak1966 @krzysztof-osiejuk
16 czerwca 2017 22:10

Napisał Pan: "...By zwrócić im uwagę na jeden bardzo, moim zdaniem, interesujący aspekt całej tej barejowskiej histerii. Chodzi mi mianowicie o to, że z jakiegoś powodu, szczególnie chyba film „Miś” jest ulubionym filmem całej tej bandy młodej platformerskiej miejskiej inteligencji."

"...W „Misiu” wtedy, a dziś w „Dniu świra”, mamy już tylko zwykłe śmierdzące gówno."

Może dlatego, że platformerska miejska inteligencja ma z tym gównem codziennie do czynienia w swoich korpo, pod butem szefów z SB i WSI. Może pozostaje się im tylko śmiać, jak nam wszystkim bezradnie słuchając, "starego" Laskowika w starych czasach...

Wspomniał Pan o "Czterdziestolatku", dla mnie jest to bardziej serial o idiocie robiącym karierę i dającym się wkręcać w każdy durny i nieistotny temat. 

Przeczytałem Pańską notkę z uwagą i mam prośbę: mógłby się Pan na jej tle ustosunkować do seriali "Dom" i "Daleko od szosy"?

zaloguj się by móc komentować

Czepiak1966 @krzysztof-osiejuk
17 czerwca 2017 13:28

I jeszcze jedno: jak widzę "Samych swoich" i "Jak rozpętałem II wojnę światową" pokolorowane przez Polsat, to mam świadomość, że to jakaś próba dotarcia do idiotów, którzy na widok czarno-białego filmu przełączą na TVN.

A ostatnio TVP przerobiła "07 zgłoś się" z VHS na HD. I to jest tragedia, w której musimy żyć. I może się zdarzyć, że przyjdzie jakiś nowy Laskowik ze "starym" podejściem i ten problem dokładnie zanalizuje po swojemu. Ja nie potrafię, brak mi talentu, chociaż moja żona twierdzi inaczej słuchając moich komentarzy podczas oglądania TV.

zaloguj się by móc komentować

Zyszko @krzysztof-osiejuk
18 czerwca 2017 21:18

Bardzo ciekawy i dający do myślenia tekst. Zawsze lubiłem filmy Barei, ale jakoś tak z rozpędu, bo w sumie wszyscy w rodzinie się z tego śmiali. Ale od czasu Smarzowskiego i jego lepkiego Wesela otworzyły mi się oczy na tego typu "swojskie klimaty".

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować